wyścig

Niektórzy całe życie ocierają się o bandę tylko po to by poczuć smak prawdziwego wyścigu.

Przypomniała mi się historia, kiedy to pewnego czerwcowego poranka obudziłem się z odczuciem całkowitej niepotrzebności wszystkiego. Zarówno tej potrzebności dla mnie jak i w ogóle rzeczy samych dla siebie i dla całego świata. Było to coś wtedy tak dużego‚ jakbym w jednej chwili wymyślił szczegółowy plan architektoniczny Notre Dame. Nie mieścił się pod zaspanymi powiekami, tak, że rozciągnął je jak paszczę krokodyla i podparłwszy twardym słupem logiki, pokonał potwora snu. Pomysł rósł, aż nie mieszcząc się na jaśku zsunął się aksamitnie na podłogę, jak kołdra w pierwszych promieniach seksu. Tak, byłem wtedy na chwilę na wielkim torze wyścigowym do ostatecznego pucharu zwanego graalem. Najlepsi zawodnicy, elita, elit w elitarnych boskich zaprzęgach, porzuciwszy kontemplację, pustelnictwo, często dziwactwo wynikające z niezsynchronizowania społecznego, katastrofalne skutki geniuszu, zamienili się w gotowych na wszystko, niezłomnych
graczy o koronę koron. Ostateczna próba skoku, kilku minutowego zrywu po dosięgnięcie owocu wiedzy wszelkiej, niczym pschodeliczny przebłysk systemu wszystkiego trawiła rozgrzane wysiłkiem ciała herosów, których zapach wysiłku czułem tylko z daleka, a jednak czułem. Odkurzywszy książki Nietzschego, nie doszukując się już poronionych korelacji z nazizmem, nie drapiąc się spleśniałą surowizną wyświechtanych szpalt, raczyłem się słowami i dobrą herbatą na niepranym od dawna kocu. Uczucie niepotrzebności wszystkiego przebiło balon konieczności rozważania tych wszystkich uciążliwych kwestii, które niczym złośliwy gremlin, „potrzebność”  bezustannie wrzucała do mojej głowy jak kamienie do gródka. Byłem zupełnie pozbawiony zasadności czegokolwiek, wolny od domysłów i nierządny odpowiedzi na jakikolwiek temat, tak bardzo, że wybity z rytmu brakiem ciągłych pytań, siedziałem nasłuchując ich powrotu jak pies swojego pana. W mojej głowie był spokój. Spokój trwający ledwie kilka chwil, lecz nie odwiedzający mnie od wielu lat. Jakby służył na jakiejś cholernie ważnej wojnie, pisząc okrawkiem ołówka w pogniecionych listach: „Drogi przyjacielu. Sytuacja jest poważna. przyciskają nas mocno na całym froncie. Nie możemy się teraz zobaczyć przyjacielu. kiedy wszystko się skończy-odwiedzę Cię niezwłocznie i będzie jak kiedyś”. Mój spokój walczy chyba z główną armią zła, bo jego wojna wydawała się nie mieć końca. Jednak obszedł jakimś cudem paragraf 22 i dostawszy przepustkę zapukał tego czerwcowego poranka, przywożąc w prezencie zdobyczną flagę wolności.
Tego dnia spacer po ulicy był wyjątkowo inny. Chodziłem niby szybciej, lecz nie czułem, że się spieszę. To było coś czego w ogóle nie potrzebowałem zauważać jako doświadczenie, brałem doznania jak czereśnie prosto z drzewa.
Tyle pamiętam z tego dnia wolności. Jest to jedyne święto jakiego rocznicę obchodzę. Robiąc sobie kolację przy świecach czekam na kolejne listy z frontu dobrej nowiny. I lubię siebie wtedy kiedy
miałem dużo do stracenia, kilo czereśni i nie spieralny uśmiech.

Niektórzy całe życie ocierają się o bandę tylko po to by poczuć smak prawdziwego wyścigu.

Comments
4 Responses to “wyścig”
  1. Kajka pisze:

    poruszył mnie szczegółowy plan architektoniczny Notre Dame … ;) miło się Ciebie odkrywa!

  2. nocny pisze:

    Wzmianka o Notre Dame nie była przypadkowa jak wiesz. Kłaniam się nisko :)

  3. Dr Sonnelus pisze:

    Nie wiem co jest, ale męczy mnie forma Twoich wpisów. Sam tekst nie jest łatwy w odbiorze, za co jednak nie mogę Cię krytykować, bo to widocznie już moja ułomność, ale gubię się w słowach. Być może przez długie akapity, może przez niewyraźną czcionkę, sam już nie wiem. A może po prostu mam okres :P

    Jeśli Cię to obchodzi, popracuj nad odbiorem ;)

  4. nocny pisze:

    wreszcie jakaś konstruktywna krytyka :)
    z pewnością masz racje doktorze, tekst nie jest łatwy, a chropowata forma nie umila bynajmniej jego czytania. Teksty pisane są spontanicznie i od rozpoczęcia do postawienia ostatniej kropki nie odrywam rąk od klawiatury. Sam osobiście również pogubiłem się przy jego czytaniu.
    Nie mogę jednak ostrzyc na pudla psa, który jest kudłaty :)
    co nie znaczy, że nie wezmę sobie do serca Twojej uwagi. Nie podarowałbym sobie straty tak cennego czytelnika.
    Wierz lub nie, ale z uporem maniaka dążę do stylu GONZO, który obaj lubimy :)

Leave A Comment