sobota na ulicy palacza

odłożyłem właśnie didgeridoo, brakuje mi powietrza w płucach, nikotynowe skurcze dają o sobie jeszcze znać, choć stały się już przeszłością, klęczę na dywanie w dziwne wzory, które wirują tylko w słońcu, splątane, szare porosty, sprasowane jak przez kenozoiczne ciśnienie, jak zdechły jenot poruszający się od czerwi, za długo grałem, słońce promieniuje mi w twarz cudownym gorącem, wokół wiruje świetlisty piasek, kurz i brudna szyba napełniają pokój miriadą iskier, popijam herbatą z cierpkich korzeni, powoli wychodzę do świata po półgodzinnej medytacji, czuje się jak ostateczność, zdrętwiały mi nogi, podnoszę się jak na kulach na moich didgeridoo, jak wierne psy, syberia i niedźwiedź, robię zdjęcie mojej ulicy, która dzisiaj chyba jest gdzieś w Iranie.

Comments
3 Responses to “sobota na ulicy palacza”
  1. giera pisze:

    dużo dymu, śląsk.

  2. Margarithes pisze:

    a cóż to za medytacja? Ja po medytacji czuję się odprężona, energetyczna i gotowa do kolejnego dnia. Chyba coś nie tak z techniką miły :) ale nikt nie leżał Ci na nogach?

  3. nocny pisze:

    #giera
    to tylko palacza, dymi jak należy
    #margo
    to specjalne techniki myszki miki ;) jak usłyszysz kiedyś dron też zdrętwieją Ci kopytka.

Leave A Comment